niedziela, 23 lipca 2017

Powrót specjalnej herbatki, czyli sezon 6B czas zacząć!

Stało się coś, na co fani serialu „Teen Wolf: Nastoletni Wilkołak” (w tym ja) wyczekiwali z lekką obawą. Dziesięć finałowych odcinków zawita w sierpniu na naszych komputerach. Wiem, że premiera jest 30 lipca (na nasz czas 31 lipca o godzinie 3:00), ale dla mnie to sierpień, bo poczekam kilka dni, oglądając zaległe odcinki „Shadowhunters” i „iZombie”.

O co chodzi z tą herbatką?
Kiedy zimą rozpoczynał się ostatni, szósty sezon, kupiłam w supermarkecie herbatę cytrusową. Dwadzieścia torebek, koszt 2,50 zł. Pierwszy kubek zaparzyłam sobie, kiedy siadałam do pierwszego odcinka. Wiedziałam, że to jeden z dwudziestu ostatnich, dlatego postanowiłam, że każda torebka w opakowaniu będzie jednym odcinkiem.
Herbata nie jest droga w porównaniu z innymi, tymi markowymi, ale jest równie smaczna i ma lekko kwaśny smak. Jeśli chcemy sobie tą kwasowość wyeliminować, wystarczy 1/2 łyżeczki cukru. Ponieważ wcześniej takiej nie piłam, mam nadzieję, że kiedy kupię drugie opakowanie, za każdym razem, kiedy będę ją piła będzie mi się przypominał ostatni sezon „Teen Wolfa”. Mam tylko nadzieję, że w finale nie zabiją Scotta, bo chyba serce by mi pękło.
Obejrzałam zwiastun i co?
No dobra, co prawda było to jakiś tydzień temu, ale napiszę, co pamiętam. Te Screeny robiłam przy oglądaniu. Głównie dlatego, że podobały mi się te ujęcia.
Zacznijmy od kogoś, kogo nie lubię najbardziej. Czyli od Gerarda. Wydawało mi się, że mówił do Argenta, żeby kazał Scottowi uciekać. Tylko dlaczego? Nie zrozumiałam. Szkoda, że nie znalazłam tłumaczenia. No, ale wiem jedno. Gerard zawsze wie więcej, niż mówi. Więcej, niż sam chce powiedzieć. To fakt. Nie cierpię dziada, bo jest taki... bezwzględnie egoistyczny. Co było w piątym sezonie? Pomógł przy bestii tylko dlatego, że to mogło pomóc oczyścić jego nazwisko. Ale za darmo też tego nie zrobił, bo Chris musiał mu najpierw podać lekarstwo (ten żółty kwiatek, który jadł z podłogi).
Kolejne, co zauważyłam, to... piekielny ogar. Czytałam podsumowanie Żanety na Teen Wolf Polska i ona stwierdziła, że to kolejny alfa, ale ja wiem, że to ogar, tak jak Parrish. Za dużo tego rozżarzonego popiołu. Może to coś w rodzaju nawiązania do Dzikiego Polowania? Może Gon zwabił go do Beakon Hills swoją obecnością? I co ma znaczyć ta nazwa miasta napisana krwią na ścianie? To trochę upiorne. No dobra, zobaczymy za dwa tygodnie. No i wraca CB radio w Jeepie. No i to nagłe polowanie... Nie wiem, czy to myśliwi, czy kolejna Pula Śmierci?
Poza tym... Scott z Malią? Tak, wszędzie rozpoznam ten dołek między oczami. Czy ona nie jest dla niego trochę... za dzika? Teraz, jak się nad tym zastanawiam, możliwe, że to tylko jakieś haluny, czy coś... może sen, albo alternatywa rzeczywistość. Oni zawsze wyglądali mi bardziej na brata i siostrę niż na parę. Wspierali się nawzajem i w ogóle... A ich sprzeczki były takie... rodzinne.
Dobra, tyle pamiętam, a obiecałam sobie, że trzeci raz obejrzę go dopiero przed odtworzeniem jedenastego odcinka. Trzymajcie się! Cześć!

PS. A tak w ogóle, to ktoś to przeczytał?  Szykuję jeszcze trochę miniaturek i czteroczęściowy sequel opowieści. Co później, pojęcia nie mam, ale puki trwa serial, to chcę sobie o tym jeszcze trochę popublikować. 

piątek, 9 grudnia 2016

23. Do zobaczenia w kolejne święta (Epilog?)

-Na prawdę musisz już wyjeżdżać? - zapytałem, niosąc jej walizki. - Mogłabyś zostać jeszcze trochę.
-Wiem. - kiwnęła głową. - Wykonałam misję, a święta się skończyły. Teraz dostałam kolejne zadanie i muszę już wyjeżdżać.
-Wiem, to ściśle tajne. - pokiwałem głową. -Nie zmienisz adresu? Chyba, że tak jak ostatnio, za spamuję Cię listami, a Ty odpowiesz dopiero po kilku miesiącach.
-Tylko, jeśli to będzie konieczne. - odpowiedziała. - Znasz procedury. Nie dzwoń, nie pisz SMSów. Kieruj się tylko skrzynką mailową.
-Jasne. - przytaknąłem.
-Chodź do mnie. - powiedziała, przyciągając mnie do siebie.
Pozwoliłem jej się przytulić i potarłem delikatnie jej plecy. Tak wyglądało każde nasze pożegnanie. Za każdym razem czekał na nią ktoś inny. Kolejna misja w bóg wie jakim mieście. Zdawałem sobie sprawę, że równie dobrze to mógł być zupełnie odległy kraniec świata.
Te święta były najlepsze. Z rodzicami Kiry, tatą Malii i... leguminą Dereka. Nie sądziłem, że on potrafi tak dobrze gotować. Trochę trudno mi to przyznać, ale przebił moją struclę. I jak zwykle był Stiles i jego tata. Lydia i Liam zostali u siebie. Za to wieczne sprzeczki o byle gówno Kapitana Rogersa i pana Starka są nie do pobicia.
Odprowadziłem ją do samochodu i pozwoliłem się uściskać po raz ostatni.
-To do zobaczenia w kolejne święta, albo kiedy dostanę tu kolejną misję. - powiedziała przy wypożyczonym samochodzie. - Będę tęsknić.
-Ja też. - powiedziałem cicho.
-Scott... - zaczęła, wsiadając na tyle siedzenie. - Postaraj się nie wplatać w żadne kłopoty.
-Nie wplątuję się w kłopoty. - pokręciłem głową. - To kłopoty zwykle znajdują mnie same.

Dzięki Lydii udało mi się nadrobić całe dwa miesiące nieobecności w trakcie ferii świątecznych. Po powrocie do szkoły, zrozumiałem, że teraz wróciliśmy do średniej. Było zupełnie normalnie. Borykaliśmy się z tak błahymi problemami, że dzisiaj można nas było nazwać największymi optymistami w Beakon High. Czym jest napisanie eseju dla trenera w porównaniu z apokalipsą wampirów?
Ivy odesłała fikcyjne postacie z powrotem do książek, ale wszystkie egzemplarze zostały tak opisane, żeby można było je powołać do życia ponownie. Najciężej było jej się było rozstać chyba z Willem Herondale'm. Wciąż nie nauczył się używać telefonu komórkowego, ale za to wymiatał tym swoim serafickim mieczem.
Jeśli ktoś z nas miał wynieść z tego jakąś lekcję, to na pewno Liam. Zmienił się. Stał się o wile ostrożniejszy niż wcześniej. Nie wdawał się w bójki, nie szukał zwady. I poprawił oceny na tyle, żeby trener nie musiał walczyć o każdy jego występ na meczach. Największym dowodem była jedna z rozmów w jego gabinecie.
-Nie wierzę, że to mówię, ale macie na tego dzieciaka naprawdę dobry wpływ. - oznajmił, kiedy zamknął za nami drzwi. - Jak udało Wam się tego dokonać?
Ja, Kira i Stiles spoglądaliśmy na siebie, zastanawiając się, co mu powiemy. Uśmiechnąłem się delikatnie, patrząc na Kirę.
-Spędzamy z nim dużo czasu. - powiedziałem w końcu. - Dużo rozmawiamy, zdołaliśmy się zaprzyjaźnić.
-Na zmianę pomagamy mu w lekcjach. - dodał Stiles, drapiąc się po zewnętrznej części brody. - Lydia pomaga mu w matmie, Ja w fizyce, a Scott w biologii.
-Zdołaliśmy jeszcze namówić mojego tatę, żeby tłumaczył mu tematy z historii, których nie rozumie. - dodała Kira. - A mama Lydii obiecała z nim rozmawiać raz w tygodniu. Odkąd została pedagogiem szkolnym, naprawdę mocno się w to wkręciła.
-To akurat zdążyłem zauważyć. - pokiwał głową. - A teraz wracajcie na lekcje. Nie chcę Was jeszcze tutaj przetrzymywać. No już, migiem.
Skinąłem głową i wyszliśmy razem na korytarz. Ja i Kira trzymaliśmy się za ręce, zmierzając do klasy do matematyki. Odkąd zrezygnował jeden z nauczycieli, byliśmy ciekawi, kto teraz będzie uczył. Wakaty na nauczycieli w tej szkole, to całkiem normalna sprawa.
Usiedliśmy na swoich miejscach między Malią, a Lydią. Poprosiliśmy, żeby umieszczono nas w jednych grupach. Trzymając się razem było o wiele łatwiej.
Spojrzałem na Ivy, która uśmiechnęła się do mnie nieco podejrzanie i zamrugała w moją stronę. Zastanawiałem się, czy coś knuje, czy to tylko przyjacielski gest. Oczywiście to wciąż moja strażniczka, jak sama to nazwała.
-Witam! - usłyszeliśmy donośny męski głos. - Jestem nowym nauczycielem fizyki. Nazywam się James Moriarty i przyjechałem z Londynu. Mam nadzieję, że przyjmiecie mnie dosyć ciepło.
Moriarty? Chyba słyszałem gdzieś już to nazwisko.
Zauważyłem, że Sydney podnosi rękę. Zmarszczyłem brwi, obserwując jak nowy nauczyciel, wskazuje dłonią, żeby się odezwała.
-Często pan słyszy, że nazywa się pan jak czarny charakter z „Sherlocka Holmesa”? - zapytała, na co Moriarty tylko głośno się zaśmiał.
-Nie macie nawet pojęcia. - pokręcił głową. - Ale zapewniam Was, że nie jestem mordercą, a tym bardziej geniuszem zbrodni.
Rzuciłem Ivy zagadkowe spojrzenie, ale ona tylko szeroko się uśmiechnęła.
-Chyba nie sądziłeś, że nie zostawię sobie żadnej pomocy? - powiedziała tak cicho, że tylko ktoś z wilczymi zmysłami mógł to usłyszeć.

Koniec!
~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~
To ostatnia część opowiadania, ale nie ostatnia notka na blogu. Od czasu do czasu, będą się tu pojawiać scenki, jakie widywaliście tu wcześniej. Lubię je pisać, bo są niezobowiązujące. Piszę i nie martwię się, że będę musiała pisać kolejną część. Oczywiście, nie wszystkie, które piszę „nadają się” do publikacji, ale będę się starała wybierać do tego jak najwięcej.

A teraz szczerze... kto był ze mną? Skończyłam w tym miesiącu już drugiego bloga i nie ukrywam, że perfidnie to sobie zaplanowałam. Nie do końca skończyłam, ale będą jeszcze scenki, więc myślę, że warto tu zaglądać raz na jakiś czas. Trzymajcie się! Cześć!  

piątek, 25 listopada 2016

22. Uleczyć własnego ducha

Czułem się, jakbym dryfował, między czasem a przestrzenią. Byłem bardziej lekki i wyzwolony niż kiedykolwiek. Nie wiem, jak długo byłem w takim stanie, ale miałem wrażenie, że to trwa nieskończoność.
Powoli zacząłem wracać do rzeczywistości. Usłyszałem głosy. Najpierw przytłumione, jak spod wody, potem coraz bardziej wyraźne. Mój mózg pracował zbyt wolno, żebym mógł je rozróżnić. Po bardzo długim czasie otworzyłem oczy.
Czułem, że moja głowa leży na miękkiej, puchatej poduszce, a ciało okryte jest miękkim kocem. Patrzyłem przed siebie na migającą żarówkę w dziwnie znajomym żyrandorze. Kryształowe kwiatki w jasnofioletowej oprawie. Czy ja właśnie... byłem u Lydii?
Podniosłem głowę i spróbowałem usiąść. Byłem u Lydii. Obok stał stojak z kroplówką (tak bardzo znajomy od tych kilkunastu dni) i miska na toaletce ze świeżymi gąbkami i czystymi ręcznikami, jakby ktoś regularnie mnie mył.
Odrzuciłem od siebie puchaty, niemal aksamitny koc pani Martin. Co się... dzieje? Spuściłem ostrożnie stopy na podłogę i niemal natychmiast się przewróciłem, opadając na kolana. Miałem na sobie sporo za duże, ale za to czyste ubranie.
-Zajrzę do naszego gościa i za chwilę do Was wrócę, dobrze? - usłyszałem zza drzwi głos pani Martin. - To potrwa tylko chwilę.
Patrzyłem jak otwierają się drzwi i pani Martin wchodzi do pomieszczenia. Miała na sobie jedną z odświętnych sukienek i wysokie czarne buty. Kiedy na mnie spojrzała, otworzyła usta ze zdziwienia, ale szybko się opanowała i pośpiesznie do mnie podbiegła.
-Scott, skarbie, wreszcie się obudziłeś! - zawołała, pomagając mi wstać i sadzając na łóżku. Nie miałem na sobie żadnych ran, ale czułem się bardzo osłabiony.
Spojrzałem na mamę Lydii lekko zdezorientowany, a ona uśmiechnęła się do mnie i objęła ramieniem, jakby chciała ogrzać moje ciało przy kominku.
-Co się stało? - zapytałem, próbując się czegoś dowiedzieć.
Zdawałem sobie sprawę, że pani Martin zna kilka nieszczegółowych faktów ze świata nadprzyrodzonego. Niewiele, ale wystarczyło. Odkąd Lydia... dostała przy niej ataku wyjaśniliśmy jej to i owo.
-Nie wiesz? - uniosła brwi, równie zaskoczona jak ja. - Uzdrowiłeś Lydię. Nie wiem jak, ani dlaczego, ale moja córka czuła się lepiej niż kiedykolwiek, jakbyś przekazał je swoje siły. Potem uparła się, żeby Cie do nas przewieźć. Opiekowałyśmy się Tobą przez cały ten czas. Dzisiaj mieliśmy Cię przenieść do domu.
-To... - zacząłem cichym, zachrypniętym głosem. - Jaki jest dzisiaj dzień?
-Boże Narodzenie, Scott. - uśmiechnęła się do mnie, kładąc mi dłoń na policzku. - Pierwszy dzień Bożego Narodzenia.
Jak to? Byłem nieprzytomny przez... dwa miesiące? Jak to w ogóle możliwe. Co z mamą? Co z Ivy? Co ze Stilesem? Kirą? Natashą? Liamem...
-A... - zacząłem, ale ona tylko poklepała mnie po ramieniu.
-Wszystko się udało. - kiwnęła głową, patrząc na mnie z uśmiechem. - Dzięki Bogu, nikt z Was nie ucierpiał. Z wyjątkiem Ciebie. Ale nie będę o tym z Tobą rozmawiać. Ktoś inny wie więcej na ten temat.
-Prawie umarłeś. - usłyszałem głos Lydii gdzieś obok drzwi. Spojrzałem na nią i zobaczyłem, że ma ściągnięte ramiona, jakby była bardzo zmęczona. - Przeze mnie.
-Lydia... - zacząłem, ale ona tylko powstrzymała mnie gestem ręki.
Jej mama okryła moje ramiona tym samym kocem i wyszła z pokoju. Zanim minęła Lydię, odwróciła się na krótką chwilę.
-Zostawię Was samych. - oznajmiała, zamykając za sobą drzwi.
Lydia podeszła do mnie bliżej i usiadła naprzeciwko. Złożyła dłonie na kolanach i spojrzała mi w oczy dopiero po dłuższej chwili.
-Dobrze się czujesz? - zapytała w końcu, zaczynając bawić się palcami.
-W porządku. - odparłem, kiwając galową. - Tylko trochę zmęczony. A co z...
-Nikomu nic się nie stało. - odpowiedziała, błyskawicznie domyślając się, co mam na myśli. - Wampiry, którym udało się przetrwać stanęły przed sądem nadnaturalnego świata. Słyszałam coś o Wielkiej Radzie i Bibiotece. Wszystko jest trzymane w tajemnicy. Nic więcej nie wiem.
-Myślałem, że walczyliśmy z pół-wampirami.
-Kiedy zderzyły się z barierą Ivy dokonała się pełna przemiana. - wyjaśniła tonem, jakby niewiele ją to obchodziło. - Nie wiedziała o tym.

Po dłuższej chwili przyjechali Natasha i pan Barton. Mają mnie zabrać do domu. Uniosłem głowę, kiedy Lydia pomogła mi się ubrać. Czułem się trochę sztywny, ale... szczerze cieszyłem się już w sierpniu kupiłem wszystkie prezenty.
-Chłopaku, tak się martwiłam... - westchnęła, mocno mnie obejmując.
-Natasha... zacząłem, pokazując jej swoje czerwone oczy. - Nie wiem, jak to możliwe... ale wciąż jestem alfą. Derek mówił, ze to niemożliwe.
-Możliwe. - kiwnęła głową, obejmując moją twarz dłońmi. - To dlatego, że jesteś wyjątkowy. I dlatego potrzebowałeś tak dużo czasu, żeby uleczyć swojego ducha.
Przez minutę staliśmy w ciszy, ubierając się do końca. Nigdy nie mieliśmy białych świąt, ale o dziwo tym razem było bardzo ciepło. Na tyle ciepło, żeby wystarczyła mi szkolna kurtka i adidasy.
-Chodź, młody. - powiedział cicho pan Barton, kiedy już podziękowałem pani Martin za opiekę.
Pomógł mi dojść do samochodu i posadził na tylnym siedzeniu. Mając na sobie te same, ale czyste ubrania co w dniu bitwy czułem się trochę dziwnie, ale zapachowy proszek do prania pomagał trochę ukoić nerwy.
-Wesołych Świąt, Scott. - powiedziała Natasha, parkując przed naszym domem.
-Wesołych Świąt. - odpowiedziałem, kiedy wysiedliśmy na podjazd i doszliśmy do drzwi wejściowych.
Pan Barton wyprzedził mnie o kilka kroków i wprowadził do domu. Całe mieszkanie było udekorowane jak nigdy wcześniej. Rozejrzałem się po suficie, podziwiając brokatowe gwiazdy i girlandy z grubych warstw sztucznego śniegu.
-Dzieło Rogersa. - wyjaśnił pan Barton, widząc, że patrzę na dekoracje na suficie. - Zarwał całą noc, żeby to przygotować. Ale twoja mama sama ubrała choinkę.
Pokiwałem głową, przechodząc do salonu. Chwiejnym krokiem usiadłem na swoim ulubionym taborecie i zamknąłem oczy, myśląc o tym co się wydarzyło. Jestem w stanie kogoś uleczyć, nie tracąc mocy. Tak, odchorowałem, ale teraz wszystko jest dobrze.
Usłyszałem dudnienie trzeciego serca.
-Synku... - usłyszałem głos mamy, która podeszła do mnie w kilku susach i objęła mnie mocno. - Dobrze, że jesteś w domu, synku. Dobrze, że jesteś.
~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~

Nic nie mówię. Za dwa tygodnie ostatnia notka. Żaneta... Kiedy? Trzymajcie się! Cześć!

sobota, 19 listopada 2016

#PrawieDrabble/Miniaturka 03 - 5x06 Required Reading

Tag odcinkowy: Teen Wolf 5x06 Required Reading
Postacie: Scott McCall, Melissa McCall, Doktor Greyer (ojczym Liama) i jeszcze jakiś lekarz. Opis: Po ataku Przerażającego Doktora zastrzyk od Melissy nie zadziałał i Scott z atakiem astmy musiał zostać przewieziony na izbę przyjęć.

Scott McCall od dawna się tak nie czuł. Oddech uwiązł mu w gardle, powodując potworne pieczenie w płucach, które przez zwężone oskrzela miały utrudnioną pracę. Tlen podawany przez lekarzy wcale nie pomagał. Równie dobrze mógłby tak po prostu leżeć i gapić się w sufit.
-To na nic. Trzy dawki bez żadnej poprawy. - powiedział jeden z nich, kręcąc głową. - Przygotuję zestaw do intubacji.
-Zaczekaj... - powiedział powoli ojczym Liama - Myślę, że zaczyna reagować.
-Co Ty pie...
Nie zdołał dokończyć, słysząc wciąż utrudniony, ale teraz bardziej przypominający normalny, oddech Scotta.
-Brawo, młody. - westchnął, poklepując go po ramieniu. - Utrzymywać samą mieszankę jeszcze przez kilka godzin i podawać tlen. Trzymajcie nebulizator w gotowości.
Scott uchylił lekko powieki, spoglądając na doktora Greyera. Ten tylko spojrzał na kolegę z lekką urazą i przeszedł na druga stronę wózka na którym leżał Scott.
-Mówiłem, że sobie poradzi. - wycedził przez zaciśnięte zęby. Scott uśmiechnął się pod maską tlenową i poczuł lekki uścisk dłoni swojej mamy, która teraz złapała go za rękę. Uśmiechnął się do niej, a ona ze współczuciem przeczesała palcami jego włosy.
-Już dobrze skarbie. - szepnęła, nie przestając go głaskać. - Już dobrze.

Nota końcowa: Moje trzecie #PrawieDrabble. Napisałam chyba pięć takich tekstów i ten podoba mi się najbardziej. Chyba już nie będę nazywać tego „Prawie Drabble”, tylko po prostu „miniaturki”, albo „scenki”. Jak na razie zrobiłam ich mało, ale i tak muszą podlec ostrej selekcji, Jak na razie z trzydziestu ośmiu (tyle mam w zeszycie) wybrałam jedną. I nie, to nie jest ta. We wszystkich robię ze Scotta ofiarę. No, prawie we wszystkich.

Myślę, że następna pojawi się jeszcze przed piątkową notką. Nie powiem z którego odcinka. To będzie niespodzianka. Trzymajcie się! Cześć!  

piątek, 11 listopada 2016

21. Wielka bitwa

Wezwaliśmy wszystkich. Pana Argenta, Breaden, nawet Caraveras. Stado Satomi też się do nas przyłączy, ale potrwa to trochę dłużej. Nie wiem, ilu będziemy mieli przecinków, ale na pewno nie będzie łatwo.
-Jeszcze trochę. - zabrzmiał Szalonooki, kiedy razem ze Stilesem trzymaliśmy wielką broń, której miała używać Breaden. - Nienawidzę broni mugoli...
I tak mamrotał o mugolach przez ostatnie osiem godzin. Można było się przyzwyczaić, ale Ivy wyraźnie powiedziała, że on taki po prostu jest.
-Dzięki tej broni jestem w stanie Cię zabić w ciągu sekundy. - oznajmiła, wchodząc do dużego pokoju w domu czarowników.
-Nie jesteś. - odpowiedział Jules, brat Ivy. - Jest fikcyjną postacią, a oni żyją wiecznie.
W ciągu ostatnich kilku godzin Stiles próbował wymusić na Ivy ożywienie trzech muszkieterów z gablotki na dole, ale ona zdecydowanie odmówiła.
-Ile razy mam Ci powtarzać, ze nie ma mowy? - wrzasnęła w końcu ze zdenerwowaniem. - Dumas opisywał własne interpretacje prawdziwych historii, a to oznacza, że większość z jego postaci istniała naprawdę. Nie wolno nam ożywiać postaci historycznych, bo to mogłoby namieszać w dzisiejszych czasach. Kiedy ostatnio próbowano ożywić Napoleona, połowa Europy była zawładnięta przez francuzów. I naprawdę, nie chcę powtórki, bo kiedyś byłam jedną z tych, którzy musieli ten bałagan odkręcać.
-Lydia, mam dla Ciebie coś do picia! - zawołał Jules, niosąc kubek czegoś gorącego.
-Jeszcze jej nie mówiłam. - oznajmiła szybko.
-Ale o czym? - dopytywałem, ale w odpowiedzi oni tylko spojrzeli po sobie z dziwnymi minami.
-Istnieje jeden sposób, dzięki którym można na chwilę dać banshee moc czarownicy. - wyjaśniła Ivy, kiedy wszyscy ze słabo wtajemniczonych przerwali swoje dotychczasowe zajęcia. - Dość ryzykowny, ale szybko. Ta mniej ryzykowna wersja jest nieco czasochłonna, a biorąc pod uwagę, to co przekazali nam z Biblioteki, właśnie tego nam teraz brakuje.
-Trzecia noc po pełni jest najgorsza. - oznajmił Jules. - Zapamiętajcie.

Staliśmy na czymś, co miało być polem bitwy. Nie stałem z przodu, ale obok mnie stały Lydia ubrana w długo zwiewny płaszcz i Kira, która trzymała mnie za rękę.
-A gdzie dzierżąca Excalibur? - zawołał jakiś mężczyzna.
Podniosłem głowę, otwierając usta z zaskoczenia. Sporo słyszałem o wampirach, ale czegoś tak strasznego się nie spodziewałem. Ten facet był przeraźliwie blady. Na dodatek po brodzie ściskała mu zastygająca krew.
-Podobno w dzisiejszych czasach najpotężniejszy miecz przypadł czternastoletniej dziewczynce. - powiedział kolejny z nich.
Za nimi pojawili się kolejni. Zupełnie, jakby tylko czekali na wyjście z ukrycia. Przełknąłem ślinę, widząc jak Lydia spogląda na Ivy.
-Czekaj... - wrzasnęła do niej. - Czy on mówi o mieczu Króla Artura?
-Chodzi o dokładnie... - odpowiedziała za nią jakaś dziewczyna. - Ten sam miecz.
To było dziecko. Dziewczynka trzymała w dłoni ogromny miecz, który wydawał się większy od niej. Patrzyła przed siebie z odwagą, jakby niczego się nie bała. Jakby była gotowa na to, co się zaraz stanie.
Obok niej stali inni. Kobiety, mężczyźni. Jakaś blondynka stanęła przy Breaden, zamieniły kilka słów i uśmiechnęły się do siebie przyjaźnie. Dobra, to było dziwne.
-Radziłbym nie wyśmiewać mojej córki. - odezwał się jeden z mężczyzn. - Bo to właśnie ją Carl obdarzył tak wielkim zaufaniem.
-Przecież wszyscy wiedzą, że tak naprawdę nie jest Twoją córkę, Bibliotekarzu. - odpowiedział, rzucając się w stronę kręgu, w którym staliśmy, ale tamta blondynka zdążyła mu strzelić między oczy. Drgnąłem, czując jak na moment staje mi serce.
-Niezły strzał. - pochwaliła Breaden.
-Dzięki. - wzruszyła ramionami, przeładowując pistolet.
Ivy nie zwróciła na nich uwagi. Machnęła ręką nad głową, tworząc wokół nas trochę przeźroczysty kokon.
-Zaczęło się! - wrzasnęła.

Bitwa rozpętała się na dobre. Starałem się ciskać swoim sztyletem we wszystkie kreatury, które się do mnie zbliżały, ale nawet w wilczej postaci nie szło mi najlepiej.
-Uważaj na plecy! - zawołała, odcinając jednemu z nich głowę.
-Zabiłaś go! - krzyknąłem, ale ona i tak tylko obróciła się za siebie, szukając kolejnej ofiary.
-On i tak już nie żył. - stwierdziła, kręcąc piruet w powietrzu i wypuszczając na chwilę miecz z ręki. To co się stało przerosło moje wszelkie oczekiwania.
Teraz zrozumiałem, dlaczego Bibliotekarz nazwał go ludzkim imieniem. Był... jakby żywy. Zdawał się mieć własny rozum, jakby w locie władała nim niewidzialna siła.
Kiedy przebił jednego ze stworów, wrócił w dłoń dziewczyny, jakby przyciągany nieznaną siłą.
-Nieźle Carl! - krzyknęła.
Czy ona właśnie... pochwaliła miecz? No to już się w głowie nie mieści.
Czarownicy ciskali zaklęciami. W pewnej chwili nawet Harry Potter dał się ugryźć jednemu z nich, ale nie stało się nic strasznego.
W chwili, kiedy kły wampira wbiły się w jego ramię, ten wrzasnął z bólu,. Ale zamiast krwi pojawiło się oślepiające światło, które natychmiast zgasło. Czuł ból. Szalonooki uderzył swoją laską w ziemię, przez co kilku przeciwników się poprzewracało.
-Nie mogłeś tego zrobić od razu, Alastorze? - zawołał Lupin, obdarzając kolejnego zaklęciem zwalającym go z nóg.
-Marzę, żeby wrócić do książki. - wymamrotał.
Lydii kończyła się moc. Wszyscy to wiedzieliśmy. Herondale'owie robili wszystko, żeby ją osłaniać, ale nawet ich serafickie miecze nie potrafiły być wystarczająco szybkie, bo Ci się na nią po prostu uwzięli.
-Co do... - mruknąłem, podbiegając do niej bliżej, kiedy jeden z wampirów wbił zęby w je szyję.
Nie myślałem o tym, co robię, po prostu podbiegłem do niej i złapałem ją od tyłu.
-Lydia... - zwróciłem się do niej, ale ona w odpowiedzi tylko jęknęła słabo.
Chwyciłem ją za rękę, odbierając jej ból. Czułem, jakby wokół nas powstała niewidzialna bariera, chroniąca nas przed walczącymi. Odebrałem jej ból, ale dałem jej coś zamian. Nie wiedziałem co, ale z każdą sekundą czułem coraz większe ciśnienie rozsadzające mi czaszkę od środka.
-Je t'aime, Scott. - słyszałem ledwo słyszalny szept. Mógłbym przysiąc, że należy do Allison. - Je t'aime.
~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~
Uprzedzałam, ze nie potrafię opisywać akcji. Tak już po prostu jest Postanowiłam się zabawić się w Sylwię (hejka, jeśli to czytasz) i nawaliłam postaci, chociaż to zupełnie bez sensu. Za dwa tygodnie będzie normalnie, obiecuję. Znaczy, normalnie, jak dla mnie.
Żaneta, jestem w trakcie pisania scenki, ale nie wiem, kiedy ją zamieszczę. Pomysły są, gorzej z realizacją. Myślę, że jak za miesiąc pojawi się ostatnia notka, to ten blog zamieni się w takie skupisko scenek. W zeszycie mam coś o Melissie (mamuśka wymiata, więc lubię pisać na brudno z jej perspektywy) ale to bardzo malutko, a co istotniejsze nie nadaje się do publikacji.

Cóż... mam nadzieję, że dzisiejsza notka się Wam podobała. Widzimy się za dwa tygodnie (25 listopada). Trzymajcie się! Cześć!  

piątek, 28 października 2016

20. Szalonooki

-Jesteś pewien, że dobrze się czujesz? - zapytała Natasha przez drzwi łazienki. - Gorączka skoczyła do czterdziestu pięciu stopni.
-Ale spada. - odkrzyknąłem, wciąż zmęczony, chociaż czułem się prawie normalnie. - A rana po wenflonie zupełnie się zagoiła. Muszę tylko wejść do zimnej wody.
Tak, najlepiej lodowatej, bo czuję, jakbym spiekł się na raka. I to przynajmniej. Nalałem do wanny zimnej wody. Nie dbałem, żeby przynajmniej była letnia. Po prostu wszedłem do środka, myśląc o parariżującym chłodzie, który czułem przed składaniem się w ofierze Nemetonowi.
-Scott, wchodzę. - zawołał doktor Bunner i otworzył drzwi.
Wszedł do środka, patrząc na mnie uważnie. Spojrzał w dół i wsadził rękę do wody.
-Wlewałeś zimną, tak? - zapytał, unosząc brwi.
-Tak, żeby się schłodzić. - pokiwałem głową. - Wciąż jest mi gorąco.
-Woda jest teraz ciepła. - odpowiedział, czym kompletnie mnie zaskoczył. - Musiała się nagrzać od Twojego ciała.
Położył mi na czole otwartą dłoń. Wydawała się chłodna, ale przez chwilę poczułem, jakbym miał zemdleć. Doktor Bunner podtrzymał mnie pod pachami.
-To szok termiczny. - wyjaśnił. - Temperatura spada, ale za niedługo trzeba będzie zmienić wodę, bo zaraz będzie się można w niej normalnie myć.
-Nie wypuścimy Cię, dopóki nie osiągniesz normalnej temperatury. - zawtórowała mu Malia, ale wciąż nie wchodziła do środka. - Technicznie wciąż masz gorączkę.
-Jakieś wieści od Ivy? - zawołałem.
-Niewiele. - odpowiedział Stiles, bez skrępowania wchodząc do środka. - Ale udało jej się uzyskać prestiż przy kolejnej postaci.
-Postaci? - powtórzył kapitan Rogers.
-Ożywia postacie z książek. - wyjaśnił mu, odciągając go od łazienki. - Nie mogą umrzeć, są na jej usługi... Przynajmniej technicznie.
-Powiedziała kogo? - zapytałem, przerywając jego pokrętne tłumaczenia.
-Nie, ale chyba ktoś ważny, bo nie pisałaby do mnie, że udało jej się to osiągnąć. - wzruszył ramionami.
-Dobra, wychodzę. - ponagliłem ich, nie chcąc się chwalić swoim przyrodzeniem. - Lepiej wyjdźcie.

-To... jest Moody? - zapytał zaskoczony Stiles, kiedy Ivy pokazała nam mężczyznę w średnim wieku wyraźnie chodzącego o lasce.
-Ten filmowy był do bani. - odparł w końcu Liam. - Trochę inaczej go sobie wyobrażałem.
Spojrzeliśmy na niego jednocześnie. Nawet nie mieśmy pojęcia, że Liam miał jakąkolwiek ochotę na czytanie książek.
Starszy mężczyzna siedział przy stole, mamrocząc coś pod nosem. Jedno jego oko było normalne. Drugie, nadnaturalnie duże i błądzące we wszystkich kierunkach.
-Lepiej mi nie mógł wyjść. - wzruszyła ramionami. - Próbowałam jeszcze z profesor McGonagall, ale ta babka jest nie do ogarnięcia.
-Kto da radę, jak nie Ty? - zapytał białowłosy chłopak, wchodząc do pokoju i rzucając wielki plecak na podłogę.
-To jest Jules, mój brat. - oznajmiła. - Jak było na obozie magii?
-Okropnie. - jęknął, wywracając oczami. - Przynajmniej nie było tam demonów Oni.
Zadrżałem na wspomnienie Stilesa opętanego przez Nogitsune.
-Wygląda na to, że też nie masz po nich najprzyjemniejszych wspomnień, chłopcze. - zagrzmiał Moody, kiedy w końcu udało mi się ogarnąć.
-Dlatego mam białe włosy. - odpowiedział, szarpiąc się za jeden z pukli. - Oni żywią się naszą mocą, która systematycznie rośnie. Dopadli nas na jednym ze zgrupowań. Pewna wyjątkowo zabawowa wietrzna kitsune uznała to za dobry żart.
-W takim razie, dlaczego Ty nie masz białych włosów? - zapytał Isaac, zwracając się do Ivy.
-W przeciwieństwie do niego zdołałam się wcześniej uwolnić. - odparła, wzruszając ramionami. - Ale za to Jules robi najlepsze bazy do eliksirów.
-Ivy jest lepsza w bezpośrednim starciu. - dodał, nie pozostając dłużnym siostrze.
-A które z Was jest starsze? - dopytała Lydia.
-Ja. - Jules uniósł brwi.
-Ale tylko dwie minuty. - zachichotała. - No dobra... czas dorobić Willowi Jem'a.

Jem okazał się chuderlawym Azjatą ze srebrnymi oczami, srebrnymi włosami... właściwie wszystko miał srebrne. Teraz gawędził z Willem jak dwie profesjonalne plotkary. Dosłownie szczebiotali jak małe dziewczynki.
-Moglibyście się skupić, co? - przerwała w końcu Ivy, kiedy żaden z ich dwójki nie zwracał na nią uwagi. - Wiem, ze czekacie na naparzankę, ale musimy najpierw ustalić jakiś plan.
-No weź... - jęknął Jace. - Wszyscy wiedzą, że na Wampiry najlepszy jest ogień.
-Ale nie na pół wampiry. - zauważyła Lydia. - Trochę o tym czytałam i...
-Czytałaś... - zmarszczył drwiąco nos.
-No jasne, przecież nikt nie zabrania czytać książek w bibliotece, prawda James? - zawtórował Lydii Will i spojrzał z urazą na przyjaciela. - Prawda, James?
-Jak długo będziesz mi to jeszcze wypominał? - westchnął z zażenowaniem.
-SKUPCIE SIĘ, NO! - wrzasnąłem, nie mogąc wytrzymać. - Lydia, mów dalej.
-Pół wampiry są w sporej części ludźmi. Nie mogą nikogo przemienić, ale można je spowolnić.
-Właśnie o to mi chodzi. - Ivy pokiwała głową. - To Wam pomoże.
I wyciągnęła spod stołu dużą drewnianą skrzynię. W środku znajdowały się błyszczące rubinowe kamienie.
-Mówią na to krwiste złoto. Najlepsze na pół wampiry. Wyglądają jak sztuczne rubiny, ale ludzie nie znają jego praktycznego zastosowania.
-Przypominają te w moim smyczku. - zauważyłem. - Są identycznie.
-Właściwie takie same. - przyznała Ivy. - Zrobił go pan Carsen, a potem namówił kobietę ze sklepu muzycznego, żeby sprzedała Ci go za grosze. Opowiedział fałszywą historię. Podał się za prawnika Twoich dziadków... Wiedział, że Twój pradziadek był wiolonczelistą, tak jak Ty.
-Ale... skąd mógł o tym wiedzieć?
-Jest Bibliotekarzem. - oznajmiła, jakby to było coś oczywistego. - Wie wszystko. A teraz wracajmy do tematu. Żeby kamienie zadziałały, musicie wiedzieć, jak ich używać.
-Trzeba im go wbić w skórę. Nie poczują bólu, ale poczują, że nie mogą się ruszyć. - dodał Jules. - Kiedy mamy do czynienia z wampirami, są niezbędne do identyfikacji.
-Jak? - Isaac zmarszczył brwi, podnosząc rękę jak do odpowiedzi.
-Robią się tak gorące, że zupę można ugotować. - wyjaśnił. - Właśnie tak.
~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~
I jak? Wiem, mam fioła na punkcie Willa, więc nie obyło się od motywu z książki. Co Will wypomina Jem'owi? Chociaż lepsze pytanie brzmi: „dlaczego?”. Mam zaznaczony ten fragment, ale nie powiem w której to jest części, a co dopiero na której stronie.
Scott doszedł do siebie, ale gwarantuję, że nie na długo. Mam pomysł na miniaturkę, ale wciąż się męczę z zr wstępnymi wersjami w zeszycie. Chciałabym się do tego przyłożyć.

To już koniec na dzisiaj. Mam nadzieję, że notka się Wam podobała. Trzymajcie się! Cześć! Widzimy się 11 listopada. Tym razem notka pójdzie z automatu.  

piątek, 14 października 2016

19. Pełnia

-Jutro pełnia. - powiedział Issac, ocierając mi spocone czoło. - Sądziłem, że wiesz... Już Ci odpuści.
-Tak organizm walczy z toksyną. - wymamrotałem, przekręcając głowę na poduszce. - Deaton mi o tym mówił. Najpierw przystosowała się do krwi... a teraz, im bliżej pełni gorączka się wzmaga.
-Scott... - zaczął, patrząc na mnie ze zmartwieniem. - Masz czterdzieści trzy stopnie gorączki.
-Wiem... - odpowiedziałem, próbując przełknąć ślinę, ale miałem zbyt sucho w ustach. - Derek kiedyś miał czterdzieści pięć. Nie wiem, ile wilkołaki są w stanie znieść.
Była noc. Mama powiedziała, że i tak zadzwoni do szkoły, żeby powiedzieć, że nie przyjdę. Im bliżej pełni, tym gorączka była wyższa. A to mogło oznaczać, że w noc pełni osiągnie poziom krytyczny i wtedy moje komórki wyprą chemikalia i się uzdrowię. Przynajmniej miałem taką nadzieję. I oby ta teoria była prawdziwa.
-Masz. - powiedział cicho, pomagając mi podnieść głowę i przykładając mi do ust kubek z zimną wodą. - Jeśli chcesz, przyniosę więcej.
-Nie. - pokręciłem głową, dysząc ciężko. - Tyle wystarczy.
-Nie będziesz sam. - powiedziała Natasha, kładąc mi na piersi plastikowy worek z lodem.
-Będzie trzeba zmienić piżamę, jest cały mokry. - stwierdził Isaac, rozglądając się po pokoju. - Zostało jeszcze coś czystego?
-W łazience na dole jest kilka świeżych kompletów.
-Przyniosę. - oznajmił Kapitan Rogers, wybiegając z pokoju.
We troje. Zajmowali się mną we troje. Po naparze z ziół przyrządzonym przez Ive trochę mi się poprawiło, ale nie na długo. Ledwo wystarczyło na dojazd do domu. Kiedy wszedłem do domu i zemdlałem w holu, Nat wezwała kapitana Rogersa. Kiedy przyjechał, zaniósł mnie do pokoju. Potem wrócił Isaac i wzięli tyle lodu, żeby mnie całego obłożyć. Pomagało na tyle, żebym mógł pozostać przytomny.
-Będą potrzebne płyny. - Nat odezwała się po dłuższej chwili. - Nie da rady tyle wypić. Jest zbyt słaby. Zacznie się krztusić po kilku sekundach.
-To nic. - wymamrotałem. - Dam sobie radę, nie przejmujcie się.
Zobaczyłem nad sobą kapitana Rogersa, który położył mi coś zimnego na czole. Poczułem dłoń na szyi. Isaac pokręcił głową, patrząc na Natashę, która była poza zasięgiem mojego spojrzenia.
-Coraz ciężej oddycha. - głos kapitana Rigersa pochodził jakby z oddali.
-Słyszę. - Isaac wycedził z zaciśniętymi zębami. - Trzeba coś zrobić.
-Mogę przynieść butlę z tlenem. - oznajmiła szybko Natasha. - Melissa zawsze dba o zapasy na wszelki wypadek. Powinna być na dole.
To prawda, ale nie rozumiałem o czym mówią. Nie czułem, jakbym się dusił. Nic takiego nie zauważyłem. Ich głosy... brzmiały, jakbym znajdowali się pod wodą.

Kiedy się obudziłem, miałem na sobie starą koszulę taty. I wcale nie leżałem na swoim łóżku, jak pamiętałem, tylko na kanapie w salonie.
-Steve sprząta w Twoim pokoju. - oznajmiła Natasha, kładąc mi dłoń na czole. - Całe Twoje łóżko jest mokre. Isaac robi pranie. Słusznie zauważył, że nie potrafi prasować. Zrobię to za niego.
-Mogę pomóc. - zawołała Lydia.
Rozejrzałem się po salonie, widząc, jak stawia miskę parującej zupy na stoliku do kawy.
-Nakarmimy Cię. - usłyszałem za sobą Malię i poczułem jej dłonie pod pachami. - Rosół Kapitana Rogersa dobrze Ci zrobi.
Pociągnęła mnie do pozycji siedzącej. Natasha wstała i przeszła do kuchni. Lydia postawiła mi na kolanach tacę z pełną miską rosołu z kluskami. Popatrzyłem na nią niechętnie. Nie byłem jakoś za specjalnie głodny. Wcale nie byłem głodny.
-Dobra, kto tu jeszcze jest? - westchnąłem, starając się złapać oddech.
-Stiles na górze. - oznajmiła Malia, nabierając trochę rosołu na łyżkę i podsuwając mi ją do ust. - Zmienia poszewki na Twoich poduszkach. I jeszcze Derek. Powinien zaraz wrócić z kroplówkami.
Podniosła dłoń i wylała mi zawartość łyżki do buzi. Instynktownie połknąłem gorący płyn i poczułem, jak ciepło rozkosznie rozpływa się z mojego gardła, aż do żołądka. Przymknąłem oczy, już ze znaczną łatwością zaczerpując oddech.
-Widzisz, od razu lepiej. - powiedziała Lydia, masując dłonią moje spięte łopatki. - Postaraj się zjeść całość. Potem pójdziesz spać.
-Właśnie... - odezwała się Malia, podnosząc kolejną łyżkę do moich ust. - Muszę jeszcze wrócić na matmę. Wciąż mam zagrożenie.
Podniosłem rękę, żeby jej ją zabrać, ale moja dłoń za bardzo się trzęsła.
-Możesz jechać. Nawet powinnaś. - wydyszałem. - Musisz poprawić oceny.
-Jak tylko skończysz zupę.

Malia pojechała o jedenastej. Dopiero godzinę później Stiles i kapitan Rogers zbiegli na dół. Rogers trzymał w dłoniach mój kosz na bieliznę. Przepełniony.
-Góra czysta, łóżko jak nowe! - zawołał Stiles, idąc w kierunku kanapy na której leżałem. - Myślałem, że śpisz.
-Nie mogę zasnąć. - pokręciłem głową, przerzucając stronę w podręczniku do historii. - Podobno gorączka jest wysoka, ale nie czuję nic oprócz osłabienia. Dziwne uczucie.
-Wiem, że Natasha biega co chwilę z termometrem. - zawołał kapitan Rogers, obracając się przez ramię, ale nie zwalniając kroku. - Boi się, że w końcu zabraknie skali.
-Nie zabraknie. Dzisiaj jest pełnia. - powiedziałem. - W poniedziałek nikt nie stwierdzi, że cudownie ozdrowiałem w jeden dzień.
-Ale i tak nie ominie Cię dzisiejsza klasówka z fizyki. - stwierdziła Lydia, rozsiadając się w fotelu. - Mama powiedziała, że masz dwa tygodnie na zaliczenie. Mam Cię poduczyć, jak poczujesz się lepiej. Wiesz, nie byłeś na części zajęć. Nawet na sporej części.
Z trudem pokonałem parsknięcie śmiechem. Natychmiast tego pożałowałem, bo tylko zaniosłem się słabym kaszlem.
-Uważaj. - odparł cicho kapitan Rogers, pomagając mi usiąść. - Zaraz Ci się poczujesz się lepiej.
Nie odpowiedziałem. Zamiast tego spojrzałem na swoją drżącą dłoń. W tym samym ramieniu tkwiła igła. Od kilku dni przyjmowałem płyny we śnie. Mama mówiła, że dzięki nawodnieniu będę mógł rano stanąć na nogi przynajmniej na chwilę. Ojczym Liama oczywiście nie miał o tym pojęcia, ale pozwalał mamie wynosić kroplówki ze szpitala, wiedząc, że dożylnie lepiej się przyjmują niż doustnie. Ale i tak ciągle czułem obezwładniającą suchość w ustach.
~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~

W środowisku FF, to się chyba nazywa hurt!scott. I ja to uwielbiam. A ponieważ wciąż jest ich zbyt mało, moje nie wychodzą najlepiej, tylko takie... kulawe. 
Już wiadomo, dlaczego tak bardzo to lubię. I dlatego coś takiego piszę. Lubię, jak Scott jest taki biedny i nic na to nie poradzę. To jest jak nałóg. 
Tym razem po południu, ale wciąż w piątek. Nie wiem, co zrobić z tą scenką. A żeby trochę zaszantażować... miniaturki będą dopiero, kiedy przeczytam 25 rozdział i Żanety... Tak w ramach motywacji. 
Mam nadzieję, że notka się podobała, koniecznie dajcie mi znać w komentarzach. Trzymajcie się! Cześć!