środa, 4 listopada 2015

01. Co jak co, ale gotować potrafię!

Październik w Beakon Hills zawsze był deszczowy. Czy to piątek, czy niedziela lało jak z cebra. Co rano budziły mnie krople deszczu uderzające w okno nad moim łóżkiem. Wiem, jak to jest, dlatego tym bardziej byłem zdziwiony, że dzisiaj ten charakterystyczny dźwięk nie towarzyszył mojemu budzikowi.
Mama pracowała kolejną już godzinę. Jest pielęgniarką w pobliskim szpitalu, a odkąd nie nadążamy ze spłacaniem kredytu hipotecznego, który zaciągnęła jeszcze babcia, harowała za dwóch. Staram się jej pomagać jak mogę, ale jako nastolatek nie zarobię za wiele. A chociaż robię wszystko, co w mojej mocy, moja marna pensja asystenta weterynarza nie załata za bardzo domowego budżetu. Mama oczywiście cały czas powtarza, że przestanie brać ode mnie pieniądze, kiedy tylko nasza sytuacja jakoś się wyprostuje. A jedyne, czego potrzebowałem to dwie, góra, stówki miesięcznie na paliwo do motocykla i jakieś inne wydatki.
Wstałem z łóżka i pośpiesznie je zaścieliłem. Potem poszedłem do łazienki i po szybkim prysznicu wyjąłem z szafy jakieś ciuchy. Włożyłem T-shirt, jeansy i wycieruchową kurtkę. Dzień jak co dzień. Odkąd zajmujemy się tajemniczymi morderstwami w Beakon, musimy uważać nie tylko na siebie, ale też i innych.
Usłyszałem dzwonek telefonu i obróciłem się z podręcznikiem do Chemii w ręku. Sięgnąłem po komórkę i odczytałem wiadomość:
Od: Lydia
„Spotkajmy się w bibliotece. Mam dla Ciebie stare notatki mamy. Przydadzą Ci się.”
Uśmiechnąłem się pod nosem. Kochana Lydia... Zawsze wie co robić i jak się zachować. No, może prawie. Ale przynajmniej wiem, że mam przyjaciół.
Zbiegłem na dół i otworzyłem lodówkę. Po krótkim namyśle wyjąłem z jednej z półek wczorajsze naleśniki i położyłem kilka sztuk na patelni. To był najszybszy sposób, żeby je odgrzać i dodać do nich jakieś konfitury. Spakowałem jedną porcję do jednorazowego opakowania, włożyłem do foliowej torby i wróciłem do pokoju. Zabrałem plecak, wkładając do środka pudełko z jedzeniem i po drodze założyłem plecak.
Wybiegłem z domu, zabierając kask i kluczyki. Unosząc głowę, spojrzałem w trochę zachmurzające się niebo. Powietrze po nocnej burzy pachniała ozonem. Wziąłem głęboki oddech, rozkoszując się tą chwilą świeżości. W końcu odepchnąłem się od ziemi, wkładając kask na głowę i pojechałem do szpitala. Przed drzwiami zsiadłem z motocykla i podszedłem do mamy siedzącej przy biurku.
-Śniadanie? - zapytała wstając z krzesła. - Dziękuję, kochanie.
Kiwnąłem głową, spoglądając jej w twarz. Nie wyglądała najlepiej, była wyraźnie zmęczona, a ciemne cienie pod oczami wyraźnie odznaczały się na jej twarzy.
-W porządku? - zapytałem, lekko unosząc brwi. - Kiedy schodzisz? Powinnaś odpocząć.
-Nie martw się. - powiedziała, uśmiechając się ciepło. - Po południu wrócę do domu. Jedź do szkoły. Nie możesz się spóźnić.
-Dobra. - pokiwałem smutno głową. - Ale jutro już masz wolne?
-Do samego poniedziałku. - powiedziała z zadowoleniem. - A teraz zmykaj. Kocham cię.
-Ja Ciebie też.
Uśmiechnąłem się do niej i wyszedłem na zewnątrz. O dziwo droga do szkoły wcale się nie dłużyła, za to za wcześnie ucieszyłem się, że jest sucho, bo jakieś dwieście metrów przed szkołą znowu zaczęło podać i zanim zajechałem na parking byłem przemoczony do suchej nitki.
-Kiepski ranek? - usłyszałem za plecami głos Kiry.
Odwróciłem się i zobaczyłem, że uśmiecha się od ucha do ucha. Bez zbędnych gestów podeszła bliżej mnie, stając na palcach i całując. Pachniała jak zwykle. Ogniem, prądem i cytrusami.
-Już jest lepszy. - odpowiedziałem, odwzajemniając jej pocałunek. - Jak poszło z rodzicami? Mieli pretensje, że wróciłaś później?
-Nie. - pokręciła głową, nie przestając się uśmiechać. - Chyba sami mieli randkę.
Zaśmiałem się na myśl o „randce” w wykonaniu pani Yukimura, która zawsze trzymała fason, a przy mnie nigdy nie zmienia ustalonego zestawu mimicznego, w co składał się typowo poważny ton, grzecznościowy uśmiech i powolnie mrugnięcie. Nie można oczywiście zapomnieć o tym karcącym wyrazie twarzy, które w tamtym roku przybierała niemal stale.
-To chyba dobrze. - powiedziałem, odzyskując zdrowy pomyślunek. - Wiesz, co mam na myśli. Takie coś chyba dobrze im zrobiło.
Instynktownie złapaliśmy się za ręce, a ja poprowadziłem ją w stronę biblioteki. Nie przestaliśmy rozmawiać, nawet, jeśli schodziliśmy na najmniej przyjemne tematy.
-Rozmawiałeś ze Stilesem? - zapytała w końcu. - mamy do czynienia z seryjnym zabójcą. To raczej człowiek. A ofiary to ludzie i istoty nadprzyrodzone.
-Niestety, rozmawiałem. - przytaknąłem. - Szeryf twierdzi, że on sam sobie z tym nie poradzi. Poprosił o przysłanie kogoś z rządu.
-FBI? - zgadywała. - Znowu zobaczysz tatę.
-Żeby tylko FBI. - wymamrotałem, wiedząc, że federalni nie mają aż takich środków.
Odruchowo zacisnąłem palce na jej dłoni odrobinę mocniej. Przynajmniej ona tu była.
-No w końcu jesteś! - zawołała Lydia, rzucając mi jakieś stare pożółkłe kartki. - To dla Ciebie. Nam już się raczej nie przydadzą.
Spojrzałem na wąskie pismo jej mamy. Dobrze je znałem, ale skąd u niej tak stare notatki z biologii, skoro uczy chemii? Po ci się w ogóle nad tym zastanawiam? To i tak nie ma znaczenia.
-Stary, mówię Ci, w tym musi być coś nie tak. - słyszałem, jak Stiles coś do kogoś mówi. - To nie możliwe, żeby ten koleś jak gdyby nigdy nic wstał po takim uderzeniu.
-A co Cię to obchodzi? - usłyszałem zirytowaną odpowiedź Liama.
Po chwili mogłem ich zobaczyć. Szli w naszą stronę, wciąż się sprzeczając. Nie wyglądało to zbyt poważnie. Raczej jak zwykle, kiedy o czymś rozmawiali i nie mogli dojść do jednolitego porozumienia. Z tym, że tym razem Liam miał minę, jakby to to wszystko miał głęboko gdzieś.
Zabrzmiał dzwonek na lekcje. Lydia pociągnęła mnie za rękaw i delikatnie wywlokła na zewnątrz. Westchnęła ciężko prowadząc mnie i Kirę na zewnątrz.
-Mamy pierwszą lekcję. - westchnęła ciężko. - Trzeba ruszyć tyłki.
Na biologii dostałem SMSa od mamy: „W domu czeka na Ciebie niespodzianka”, cokolwiek to miało znaczyć. Tak, czy owak, po powrocie wszystko się wyjaśniło.
-Scott, skarbie, dobrze, że już jesteś. - usłyszałem wołanie mamy. - Pozwól na chwilę do kuchni.
Odłożyłem kask na komodę i poszedłem do kuchni. Pierwsze, co zobaczyłem to tył ognistorudej głowy. Uśmiechnąłem się mimowolnie.
-Natasha? - wyjąkałem ze zdziwieniem. - Co Ty tu robisz?
-Co Ty tu robisz? - powtórzyła, wstając i podchodząc do mnie bliżej. - Żadnego „Cześć, cieszę się, że Cię widzę!”, albo „Cieszę się, że przyjechałaś”? Tak się zwracasz do swojej chrzestnej matki?
-Przepraszam. - powiedziałem, natychmiast, chcąc naprawić swój błąd. - Jestem po prostu zaskoczony. Zwykle przyjeżdżasz na Boże Narodzenie.
-Nie tym razem. - powiedziała wprost. - Jestem tu służbowo. Pomyślałem, ze zatrzymam się u Was i trochę Cię przypilnuję. Wiem, jak przyciągasz kłopoty.
-Służbowo? - uniosłem brwi. - Przysłali TARCZĘ do zbadania tych morderstw?
-Jestem jednym ze śledczych. - wyjaśniła. - Ale nie rozmawiajmy teraz o tym. Pokaż mi się.
Odsunęła się ode mnie na odległość swoich ramion i spojrzała na mnie oceniającym wzrokiem.
-Wydoroślałeś przez ten rok. - stwierdziła z dumą i zadowoleniem. - Zrobił się z Ciebie niezły przystojniak. Chodź do mnie, chłopaku. Dobrze Cię widzieć.
I przyciągnęła mnie do siebie, przytulając do swojego ramienia.
-Ciebie też dobrze widzieć. - wymamrotałem, wciąż w nią wtulony.
~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~
Pierwsza notka. Nie wiem, jak mi się to udało, ale jakoś się udało. Blog założony i tak dalej... Wiem, ze to dość typowe, a jedna brutalna ocena mnie nie wystraszy (wystawiłam fragment na próbę). Nie jestem aż taką perfekcjonistką i wiem, ze ten tekst ma wiele wad. Ale piszę dla siebie i dzielę się tym dla przyjemności.

2 komentarze:

  1. Jak dla mnie początek super ! Wszystko przejrzyste,miło się czyta. No i od razu coś się dzieję. Mam nadzieję, że rozdziały będą pojawiać się systematycznie. Napewno zyskałaś już jednego stałego czytelnika. Pozdrawiam i życzę dużo weny !

    zaneta7453 :)

    OdpowiedzUsuń
  2. Jeszcze nie czytałem, ale już kilka rzeczy rzuciło mi się w oczy, tak na wstępie. Błędnie zapisujesz dialogi. Tekst jest niewyjustowany i brakuje mu akapitów. Jednak się nie martw bo błędy popełnia każdy, zwłaszcza na początku. Co do samej treści to się wypowiem po przeczytaniu, być może nawet jutro przed pracą, o ile uda mi się wcześniej obudzić. W każdym razie się postaram.

    Pozdrawiam:
    dariusz-tychon.blogspot.com

    OdpowiedzUsuń